To miało być zwykłe zlecenie reporterskie, a skończyło się ogólnokrajowym skandalem i przesłuchaniami w parlamencie. Wyobraź sobie, że piszesz tekst o ekologicznym zagrożeniu, a kilka dni później cały kraj wskazuje na Ciebie palcem jako na biologicznego zamachowca. Właśnie to przeżyłem w październiku 1995 roku w Australii.

Wszystko zaczęło się od wirusa, który miał uratować kontynent, a zamiast tego wymknął się spod kontroli w najbardziej zagadkowy sposób. Dziś, z perspektywy czasu, ta historia przypomina scenariusz thrillera, w którym główną rolę odgrywają muchy, martwe zwierzęta i buty reportera.

Wirus kalicywirusowy: broń ostateczna, która uciekła z wyspy

Australia od dekad walczyła z plagą królików. Te urocze dla Europejczyka zwierzęta na antypodach były niszczycielską siłą, która zjadała całą roślinność, doprowadzając rolników do rozpaczy. Rozwiązaniem miał być śmiertelny wirus testowany na odizolowanej wyspie Wardang.

Plan był prosty: sprawdzić, czy wirus nie zagraża innym gatunkom, i dopiero wtedy go wypuścić. Ale natura miała inne plany:

  • Wirus nagle przeskoczył kilka kilometrów oceanu na stały ląd.
  • Pojawił się w punktach oddalonych od siebie o setki kilometrów.
  • Zaczął zabijać miliony osobników w tempie, którego nikt nie przewidział.

Moment, w którym stałem się wrogiem publicznym numer jeden

Wraz z fotografem ruszyliśmy w samo serce „króliczej apokalipsy”. Widok był makabryczny – martwe ciała zwierząt leżały wszędzie. Rozmawialiśmy z naukowcami, a potem pojechaliśmy 300 kilometrów dalej, do małej osady Yunta, by przeprowadzić wywiad z zawodowym myśliwym.

I tu zaczyna się problem. Dziesięć dni później ogłoszono, że wirus dotarł właśnie do Yunta. Główny weterynarz stanu ogłosił publicznie: jedynymi ludźmi, którzy byli w obu zainfekowanych miejscach, był ten reporter i jego fotograf. W jednej chwili z obserwatora stałem się „siewcą śmierci”.

Dlaczego australijskie władze oskarżyły mnie o śmierć 100 milionów królików - image 1

Co działo się potem?

  1. Politycy domagali się, bym za karę pracował przy naprawie płotu dingo (liczącego 5600 km!).
  2. Konkurencyjne media wyśmiewały moją „wpadkę”.
  3. Znajomi zaczęli nazywać mnie Bunny Killer (zabójca króliczków).

Czy to możliwe, by wirus podróżował na moich butach?

W mediach huczało od teorii spiskowych. Czy przemyciłem wirusa na podeszwach butów? A może na oponach samochodu? Dopiero po czasie naukowcy podsunęli inne, bardziej prawdopodobne wyjaśnienie: muchy plujki. To one, podróżując z wiatrem, mogły przenieść patogen na ogromne odległości.

Mimo to, zbieg okoliczności był uderzający. Wirus pojawił się dokładnie tam, gdzie my, i to w tym samym czasie. Choć oficjalnie mnie oczyszczono, cień podejrzenia pozostał na lata.

Od banity do bohatera narodowego

Najdziwniejsza w tej historii była reakcja zwykłych ludzi. Choć oficjalnie byłem oskarżony o spowodowanie katastrofy biologicznej, rolnicy... chcieli mi stawiać piwo. Dla nich śmierć 100 milionów królików była błogosławieństwem. Prawie cztery lata później na jednej z farm właściciel poprosił mnie o autograf w księdze gości – na honorowym miejscu, nad wpisem gubernatora generalnego.

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy zginęło 10 milionów królików. Docelowo – setki milionów. Ekosystem zaczął odżywać, a ja na zawsze zostałem człowiekiem, który (prawdopodobnie) przypadkiem zmienił historię naturalną całego kontynentu.

A Wy jak myślicie? Czy to był fatalny zbieg okoliczności, czy wirus faktycznie potrzebował "podwózki" od dziennikarzy, by uratować australijskie farmy?