Kiedy w kwietniu rzuciliśmy wyzwanie naszemu klubowi książki – przeczytanie ponad 600 stron monumentalnej powieści Kima Stanleya Robinsona w zaledwie 30 dni – nie spodziewałem się tak zażartej debaty. „Czerwony Mars” to lektura obowiązkowa dla każdego fana gatunku, ale czy ta wizja kolonizacji Czerwonej Planety z 1992 roku broni się dzisiaj, gdy plany Elona Muska stają się głównym tematem w mediach?
Mars jako główny bohater, a nie tylko tło
Większość członków naszego klubu była zgodna: opis przyrody w tej książce to arcydzieło. Robinson z chirurgiczną precyzją oddaje surowe, obce piękno Marsa. Planeta w tej opowieści nie jest tylko miejscem akcji – to pełnokrwista postać, która ewoluuje pod wpływem działań ludzi.
- Pasja naukowca: Czytelnicy docenili realizm techniczny, który sprawia, że wierzymy w każde słowo o inżynierii terraformowania.
- Wizualna poezja: Nawet po latach fragmenty o marsjańskich krajobrazach zapierają dech w piersiach, przypominając najlepsze kadry z dokumentów przyrodniczych.
Dlaczego bohaterowie bywają irytujący?
Tu zaczynają się schody. Jak zauważyła jedna z naszych klubowiczek, po lekturze Czerwonego Marsa poczuła potrzebę sięgnięcia po prosty romans „na oczyszczenie podniebienia”. Mimo że postacie są różnorodne, wielu czytelników miało problem z utożsamieniem się z głównymi bohaterami.

Pułapka „syndromu głównego bohatera” dopadła Johna, Franka i Mayę. Ich przeciągający się trójkąt miłosny w obliczu największego zadania w historii ludzkości, wielu czytelników uznało za zbędny dodatek przypominający telenowelę, odciągający uwagę od genialnych idei naukowych zawartych w książce.
Czy dzisiejsze plany kolonizacji mają sens?
W rozmowie z naszym klubem, sam autor nie gryzł się w język. Według Robinsona dzisiejsze plany wysyłania ludzi na Marsa, przypisywane m.in. Muskowi, to często zwykłe „próżne banialuki”. Prawdziwa kolonizacja nie polega na szybkim locie i postawieniu flagi, lecz na dekadach mozolnej pracy, której nie da się przeskoczyć marketingowymi hasłami.
Wskazówka dla czytelników: Jeśli planujesz lekturę, nie traktuj tej książki jako typowego sci-fi o szybkich akcjach. To raczej political-fiction osadzone w ekstremalnych warunkach. Jeśli szukasz „pornografii kompetencji” (skupienia na rozwiązywaniu problemów technicznych), przygotuj się na to, że przytłoczą cię również ludzkie namiętności i intrygi.
A Ty? Wolisz książki, gdzie liczy się twarda nauka i opisy przyrody, czy jednak bez wyrazistych, emocjonalnych relacji między bohaterami historia przestaje Cię angażować? Daj znać w komentarzach!