Przez lata obserwowałam ten sam dziwny rytuał: na początku maja moja sąsiadka, pani Aldona, wychodziła rano z plecakiem, a wracała wieczorem z torbami pełnymi czegoś zielonego. Gdy pytałam, co niesie, tylko uśmiechała się porozumiewawczo: „Sezon jest krótki, trzeba zdążyć”. W tym roku w końcu dałam się zaprosić na herbatę i poznałam prawdę, która kompletnie zmieniła moje podejście do spacerów po polskim lesie.
Ten jasnozielony skarb, którego większość z nas nie zauważa
W maju sosny wypuszczają młode pędy – miękkie, jasne i niezwykle soczyste. Wyglądają jak małe, lepkie paluszki na końcach gałęzi. To właśnie je zbierają ci, którzy wiedzą, co w trawie (a raczej na drzewach) piszczy. Kluczem jest czas: mamy na to zaledwie dwa do trzech tygodni w roku.
Dopóki pędy są miękkie, drzemie w nich skumulowana moc drzewa:
- Olejki eteryczne o silnym działaniu antybakteryjnym.
- Potężna dawka witaminy C, której po zimie nam brakuje.
- Naturalne żywice i antyoksydanty wspierające odporność.
Pani Aldona ostrzegła mnie jednak: „Gdy pędy zaczynają twardnieć i robić się brązowe, jest już za późno. Cała ta życiodajna energia ulatuje”.
Na co pomagają sosnowe pędy? Lista jest zaskakująco długa
Kiedy zapytałam, po co jej tyle słoików, sąsiadka zaczęła wyliczać na palcach. Okazuje się, że to domowa apteczka, za którą w sklepach zielarskich zapłacilibyśmy fortunę:
- Drogi oddechowe: Olejki eteryczne działają wykrztuśnie i udrażniają oskrzela. Idealne dla palaczy i osób żyjących w smogu.
- Stawy i mięśnie: Nalewka wcierana w bolące miejsca poprawia krążenie i łagodzi stany zapalne po pracy w ogrodzie.
- Odporność: Jedna łyżeczka syropu dziennie jesienią sprawia, że zapominasz o kolejkach w aptece.
- Układ nerwowy: Sam zapach sosnowego lasu obniża poziom kortyzolu, a domowe przetwory pomagają utrzymać ten spokój na dłużej.
„Kiedyś biegałam po polopirynę przy każdym kichnięciu” – wyznała sąsiadka. „Teraz w maju idę do lasu i mam spokój na cały rok”.

Jak zbierać, żeby nie zniszczyć drzewa i nie stracić właściwości?
Metoda pani Aldony jest prosta, ale wymaga dyscypliny. Po pierwsze, wybieramy się do lasu w pierwszej połowie maja, najlepiej po słonecznym dniu. Szukamy pędów o długości 3-5 cm – są najsmaczniejsze i najzdrowsze.
Ważna uwaga: Nigdy nie obrywamy wszystkich pędów z jednego drzewa! To zahamowałoby jego wzrost. Zbieramy po 2-3 sztuki z różnych gałęzi, szanując naturę.
Najważniejszy etap następuje jednak po powrocie. Pędy trzeba przetworzyć tego samego dnia. Im dłużej leżą w torbie, tym więcej cennych soków z nich ucieka. Ja swoje pierwsze zbiory od razu zasypałam cukrem.
Trzy proste receptury do zrobienia w kuchni:
- Syrop z miodem: Warstwa pokrojonych pędów, warstwa miodu (lub cukru). Odstawiamy w nasłonecznione miejsce na 2 tygodnie, aż puszczą sok.
- Leśna nalewka: Zalewamy pędy czystym alkoholem i trzymamy w ciemnym miejscu. Idealna do nacierania „w kościach”.
- Susz na napary: Suszymy pędy w przewiewnym miejscu. Zimą dodatek kilku igiełek do zwykłej herbaty smakuje jak wakacje na Mazurach.
Dlaczego w tym roku ja też biorę słoiki do lasu?
Słuchając pani Aldony, pomyślałam o tym, ile razy mijałam te sosny, spiesząc się do pracy. Ile pieniędzy zostawiłam w aptekach na „naturalne” suplementy, które miałam pod nosem za darmo. Sezon na sosnowe pędy jest irytująco krótki, ale satysfakcja z własnoręcznie zrobionego syropu – bezcenna.
A Wy próbowaliście kiedyś przetworów z sosny, czy kojarzą Wam się tylko z zapachem płynu do podłóg? Dajcie znać w komentarzach, czy znacie inne leśne skarby, które warto zebrać wiosną!