Wyobraź sobie, że losy bitwy zależą od jednego człowieka w Teksasie, który może wyłączyć łączność jednym kliknięciem. To nie jest scenariusz filmu science-fiction, ale rzeczywistość dzisiejszych konfliktów zbrojnych. Właśnie dlatego największe mocarstwa świata wpadły w furię i zaczęły wyścig zbrojeń, o którym rzadko przeczytasz na pierwszych stronach gazet.
Pułapka, w którą wpadli dowódcy
W dzisiejszej wojnie dane są ważniejsze niż paliwo. Sterowanie dronami, podgląd z kamer na żywo i szyfrowane czaty między jednostkami działają dzięki Starlinkowi. System Elona Muska okazał się genialny, bo w przeciwieństwie do tradycyjnych radiostacji, jego sygnału prawie nie da się zagłuszyć. Sygnał leci pionowo w górę do nieba, a nie po horyzoncie, co czyni go niemal nieuchwytnym dla systemów walki elektronicznej.
Ale jest pewien haczyk. Wiele razy zauważono, że Starlink bywa kapryśny. Kiedy prywatna firma decyduje, gdzie usługa działa, a gdzie zostaje odcięta (jak miało to miejsce u naszych wschodnich sąsiadów), generałowie wpadają w panikę. Nikt nie chce, aby o bezpieczeństwie kraju decydował humor miliardera.
Dlaczego wszyscy chcą mieć "własny kosmos"?
Byłem ostatnio świadkiem dyskusji o suwerenności technologicznej i widać tu jasny trend: poleganie na zagranicznym dostawcy to dzisiaj samobójstwo. Państwa wyciągają wnioski i budują swoje odpowiedniki:

- Unia Europejska pracuje nad systemem IRIS², który ma uniezależnić nas od USA.
- Chiny budują sieć Guowang, planując umieścić na orbicie aż 13 000 satelitów.
- Wielka Brytania, mimo oszczędności, desperacko inwestuje w start-upy takie jak OpenCosmos.
W Polsce też to odczujemy. Choć nie budujemy własnej konstelacji, nasze bezpieczeństwo w ramach NATO będzie zależeć od tego, czy europejskie systemy dogonią technologię SpaceX. A dystans jest ogromny.
Kosmiczny problem z pieniędzmi
Budowa takiej sieci to nie jest jednorazowy wydatek. To trochę jak z abonamentem na siłownię, tylko że kosztuje miliardy dolarów miesięcznie. Satelity na niskiej orbicie żyją krótko – trzeba je regularnie wymieniać, bo spalają się w atmosferze lub kończy im się paliwo do utrzymania kursu.
Najciekawszy jest fakt, że Starlink ma asa w rękawie: własne rakiety. Inne kraje muszą prosić zewnętrznych dostawców o wyniesienie ładunku, co drastycznie podnosi koszty i wydłuża czas realizacji.
Czy radio odejdzie do lamusa?
Dawniej armia stawiała maszty, które działały jak sieć komórkowa na polu walki. Było to drogie, ciężkie i łatwe do namierzenia. Satelity zmieniły wszystko. Nawet jeśli wróg zestrzeli jeden czy dwa obiekty, w sieci Starlinka (lub jej odpowiednikach) nad głową żołnierza zawsze będą setki innych. To system nie do zdarcia.
A Ty jak uważasz? Czy bezpieczeństwo kraju powinno opierać się na technologii prywatnego miliardera, czy może powinniśmy z podatków budować własne, narodowe satelity, nawet jeśli będzie to kosztować fortunę? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!