Co roku ten sam rytuał. Za oknem robi się szaro, a my pędzimy do apteki po „zestaw ratunkowy”: witamina C, D, magnez i koniecznie kolorowe żelki dla dzieci. Wierzymy, że bez nich nie przetrwamy do wiosny. Ale czy kiedykolwiek sprawdziłeś, czy Twojemu organizmowi faktycznie czegoś brakuje?
Mój lekarz postawił sprawę jasno: „Zimowa awitaminoza w nowoczesnym świecie to w dużej mierze mit generowany przez marketing”. Brzmi kontrowersyjnie? Wyjaśnię Wam, dlaczego po tej rozmowie przestałem kupować połowę suplementów, które miałem w szafce.
Czym jest prawdziwa awitaminoza?
Wielu z nas myli lekkie zmęczenie z awitaminozą. Tymczasem prawdziwa awitaminoza to ciężki stan patologiczny, który rozwija się miesiącami przy drastycznych brakach w diecie. W dzisiejszej Polsce, gdzie dostęp do żywności jest nieograniczony, takie przypadki to rzadkość:
- Szkorbut: krańcowy brak witaminy C. Czy Twoje dziąsła krwawią, a zęby wypadają? Prawdopodobnie nie.
- Choroba Beri-beri: brak witaminy B1 prowadzący do uszkodzeń nerwów.
- Krzywica: drastyczny niedobór witaminy D u dzieci, deformujący kości.
„Czy jesz tylko chleb i wodę przez pół roku?” – zapytał mnie lekarz. No właśnie. Jeśli Twoja dieta obejmuje coś więcej niż suchary, najprawdopodobniej nie masz awitaminozy.
Dlaczego zimowy brak witamin to przeżytek?
Nasze babcie miały rację – zimą dawniej brakowało świeżych produktów. Ale świat się zmienił i nasze organizmy również radzą sobie inaczej, niż nam się wydaje.
Dostępność jedzenia przez cały rok. W marketach takich jak Biedronka czy Lidl mamy paprykę, cytrusy i mrożonki, które zachowują większość wartości odżywczych. Nasze zapasy wewnętrzne. Witaminy rozpuszczalne w tłuszczach (A, D, E, K) gromadzą się w organizmie. To, co „wyprodukowałeś” latem na słońcu, często wystarcza na długie tygodnie.

Pułapka drogich tabletek
Wielu z nas ulega złudzeniu, że tabletka zastąpi sałatkę. Jest jednak pewien haczyk. Witaminy w jedzeniu występują z tzw. kofaktorami – substancjami, które pomagają je przyswoić. W suplementach często dostajemy „izolaty”, z których spora część ląduje po prostu w toalecie. Multiwitaminy to w większości przypadków wyrzucanie pieniędzy w błoto.
Kiedy suplementy są NAPRAWDĘ potrzebne?
Nie zrozumcie mnie źle – nie twierdzę, że wszystkie tabletki są złe. Istnieją grupy, które bezwzględnie potrzebują wsparcia, zwłaszcza w polskim klimacie:
- Witamina D: niezbędna prawie każdemu z nas od października do kwietnia.
- Witamina B12: obowiązkowa dla wegan i wegetarian.
- Kwas foliowy: dla kobiet planujących ciążę.
- Żelazo: tylko jeśli badania potwierdziły anemię.
Zamiast apteki – idź na rynek
Zapytałem lekarza o najlepszy zimowy „suplement”. Jego odpowiedź mnie zaskoczyła. Zamiast egzotycznych superfoods, wskazał na nasze polskie skarby. Kiszonki mają więcej witaminy C niż pomarańcze, a tłuste ryby morskie to najlepsze źródło kwasów Omega-3 i witaminy D.
Przed zakupem kolejnego drogiego pudełka, zrób prosty test. Badanie poziomu witaminy D, ferrytyny i morfologia kosztują łącznie około 100-150 zł. Zestaw „modnych” witamin na zimę to często wydatek rzędu 300 zł. Matematyka jest prosta: lepiej wiedzieć, czego Ci brakuje, niż strzelać na oślep.
A Wy jak przygotowujecie się do zimy? Kupujecie gotowe zestawy witamin czy stawiacie na dietę i badania? Dajcie znać w komentarzach!