Większość z nas zna historię Williama Kamkwamby z popularnego filmu lub książki „O chłopcu, który ujarzmił wiatr”. Jednak kiedy wybrałem się na musical wystawiany obecnie w Londynie, spodziewałem się powtórki z rozrywki. Zamiast tego, doświadczyłem czegoś znacznie silniejszego – historii, która uderza w emocje z mocą, której nie da się wyczuć przez ekran telewizora.
Kiedy w 2001 roku w malawijskiej wiosce Wimbe zapanował dotkliwy głód, nastoletni William musiał porzucić szkołę, bo jego rodziców nie było stać na czesne. Zamiast się poddać, zaczął budować wiatrak z odpadów ze złomowiska. To nie jest jednak tylko opowieść o inżynierii. To lekcja o tym, jak trudne wybory kształtują nasze życie.
Dlaczego ta wersja różni się od filmu?
W musicalu nie chodzi o to, czy wiatrak powstanie – tytuł zdradza finał. Kluczem jest dramaturgia rodzinna, która w tej formie scenicznej wybrzmiewa znacznie mocniej. Zauważyłem, że skupienie reżysera na relacjach między bohaterami sprawia, iż każda decyzja ojca Williama, Trywella, staje się wręcz fizycznie bolesna dla widza.

- Rozdarcie ojca: Trywell chce wykształcić syna, ale jednocześnie desperacko potrzebuje jego pomocy na farmie, by rodzina przetrwała.
- Siła adaptacji: Zamiast suchych faktów technicznych dostajemy fenomenalną choreografię i wykorzystanie lalek, które zastępują filmowe efekty specjalne.
- Emocjonalny punkt zwrotny: Druga połowa przedstawienia zmienia klimat – od sielskiego obrazu wioski do dramatu, przy którym w sali nie było ani jednej suchej chusteczki.
Warto poświęcić uwagę detalom
Muszę przyznać, że początek spektaklu bywa nieco zbyt „słodki” w próbach pokazania życia w wiosce. Ale gdy sytuacja staje się dramatyczna, muzyka i taniec wchodzą na wyższy poziom. Warto zwrócić uwagę na postać personifikacji wiatru – to genialny zabieg, który czyni naturę niemal namacalną bohaterką spektaklu.
Moja rada: jeśli szukacie inspiracji, nie patrzcie tylko na to, jak budować wiatraki z części od rowerów. Spójrzcie na to, jak ci ludzie potrafią trzymać się razem w obliczu kryzysu. To najlepsza lekcja odporności psychicznej, jaką można dostać w dzisiejszych czasach.
Co nas dzisiaj ogranicza?
Często narzekamy na brak narzędzi czy dostęp do wiedzy, mając w kieszeni smartfon z dostępem do całego internetu. Pozostaje pytanie: czy gdyby zabrać nam luksusy, bylibyśmy w stanie zbudować swoją przyszłość z tego, co mamy pod ręką? Jak uważacie – czy determinacja Williama jest możliwa do powtórzenia w naszym współczesnym świecie, czy to zbyt romantyczna wizja?