Wszystko wskazuje na to, że era jednorazowych satelitów powoli dobiega końca. NASA planuje przeprowadzić operację, która brzmi jak scenariusz filmu science-fiction: wysłanie robota-mechanika w celu ratowania teleskopu kosmicznego Neil Gehrels Swift, zanim ten dosłownie spadnie na Ziemię.

To nie jest tylko kwestia naprawy starego sprzętu. To kluczowy test, który zadecyduje o przyszłości naszych najdroższych misji kosmicznych, w tym legendarnego teleskopu Hubble’a.

Dlaczego Swift nagle zaczął spadać?

Teleskop Swift, który pomaga nam patrzeć w kosmos w świetle ultrafioletowym i rentgenowskim, przebywa na niskiej orbicie okołoziemskiej. Nawet w przestrzeni kosmicznej atmosfera stawia opór, co powoli spowalnia satelity. Jednak ostatnio proces ten przyspieszył.

Winowajcą jest Słońce. Zwiększona aktywność słoneczna spowodowała "spuchnięcie" ziemskiej atmosfery, co znacząco zwiększyło opór aerodynamiczny dla satelitów. Swift zaczął obniżać swój pułap szybciej, niż przewidywali inżynierowie.

Co dokładnie zrobi robot LINK?

Zamiast pozwolić teleskopowi spłonąć w atmosferze, NASA zatrudniła firmę Katalyst Space. Ich zadanie to misja najwyższej wagi:

  • Wystrzelenie robota LINK na pokładzie rakiety Pegasus XL.
  • Fizyczne „pochwycenie” teleskopu Swift na orbicie.
  • Stopniowe wyniesienie go na stabilniejszą wysokość w ciągu kilku miesięcy.

Jeśli to się uda, otworzy to furtkę do serwisowania innych obiektów, które dotychczas skazywaliśmy na zniszczenie po wyczerpaniu paliwa.

Czy to w ogóle opłacalne?

Budowa nowego teleskopu o możliwościach Swifta kosztowałaby fortunę. Kontrakt na misję ratunkową opiewa na 30 milionów dolarów – to ułamek ceny stworzenia nowoczesnego obserwatorium od zera. Dla mnie to jasny sygnał zmiany strategii NASA: od „buduj i wyrzucaj” do „naprawiaj i serwisuj”.

Czego możemy się nauczyć na przyszłość?

Ta operacja to nie tylko ratunek dla jednego urządzenia. NASA testuje tutaj technologię, która w przyszłości pozwoli nam przedłużać życie teleskopu Hubble’a czy usuwać niebezpieczne śmieci kosmiczne. Mechanizm jest prosty: jeśli potrafimy złapać teleskop w ruchu, potrafimy też go zatankować lub wymienić w nim podzespoły.

To przypomina trochę wymianę koła w samochodzie na autostradzie – tylko że prędkość wynosi 28 000 km/h, a błąd oznacza katastrofę. Czy uważacie, że takie „naprawy w locie” powinny stać się standardem w eksploracji kosmosu, czy to zbyt duże ryzyko dla cennych danych naukowych?