Wyobraź sobie, że stoisz nocą na czerwonej pustyni, a wokół Ciebie szaleje pyłowa burza. Choć atmosfera Marsa jest niemal sucha, nagle w Twoim odbiorniku radiowym rozbrzmiewa charakterystyczne, opadające „wycie”. To nie kosmici, ale fizyczny dowód na coś, o czym marzyliśmy od dekad.
Przez lata zastanawialiśmy się, czy na Marsie naprawdę biją pioruny. Teraz, dzięki danym z sondy MAVEN, mamy pewność. Naukowcy właśnie zidentyfikowali tam tzw. „whistler” (świstak) – unikalny sygnał radiowy, który powstaje wyłącznie podczas potężnych wyładowań elektrycznych. To zmienia wszystko, co wiedzieliśmy o pogodzie na Czerwonej Planecie.
Dlaczego ten dźwięk to przełom w badaniach kosmosu?
Na Ziemi pioruny kojarzą nam się z deszczem i ciężkimi chmurami. Na Marsie wody jest jak na lekarstwo, ale to wcale nie powstrzymuje natury. Okazuje się, że tarcie drobinek piasku podczas gigantycznych burz pyłowych generuje ogromne ładunki elektrostatyczne.
Oto co sprawia, że to odkrycie jest tak ważne:
- Unikalna sygnatura: Sygnał trwał zaledwie 0,4 sekundy i był 10 razy silniejszy od szumu tła.
- Magnetyczne skamieliny: Mars nie ma globalnego pola magnetycznego, ale posiada lokalne „plamy” magnetyzmu w skorupie. To właśnie tam, niczym przez kosmiczny światłowód, przeszedł ten sygnał.
- Energia ziemskiego kalibru: Choć sygnał dotarł do sondy osłabiony, jego źródło miało energię porównywalną z mocnym piorunem, jaki znamy z polskich letnich burz.
Jak brzmi marsjański piorun?
Kiedy wyładowanie elektryczne przebija się przez jonosferę planety, fale radiowe o wyższej częstotliwości pędzą szybciej niż te o niższej. Efektem jest opadający ton, który naukowcy porównują do dalekiego śpiewu wieloryba. W mojej pracy z danymi naukowymi rzadko zdarzają się tak poetyckie analogie, które jednocześnie są czystą fizyką.

Dlaczego dopiero teraz to usłyszeliśmy?
Zauważyłem, że wielu czytelników pyta: „Skoro wysyłamy tam łaziki od lat, dlaczego nikt wcześniej nie nagrał grzmotu?”. Odpowiedź jest prosta – musiał zdarzyć się idealny zbieg okoliczności. Sonda musiała przelatywać dokładnie nad „magnetyczną dziurą”, po nocnej stronie planety, w momencie uderzenia pioruna.
Praktyczna wskazówka dla fanów astronomii: Jeśli szukasz Marsa na polskim niebie (często widoczny jako jasny, pomarańczowy punkt), pamiętaj, że patrzysz na świat, w którym właśnie teraz mogą trModificationaskać wyładowania o sile ziemskich burz, mimo braku ani jednej kropli deszczu.
Czy pioruny oznaczają życie?
To najbardziej fascynująca część układanki. W laboratoriach na Ziemi udowodniono, że wyładowania elektryczne mogą pomagać w tworzeniu kluczowych cząsteczek organicznych. Jeśli na Marsie regularnie „strzelają” pioruny, to szanse na istnienie tam w przeszłości warunków sprzyjających życiu gwałtownie rosną.
Zawsze powtarzam: kosmos jest o wiele bardziej dynamiczny, niż nam się wydaje. Czy myślicie, że przyszli kolonizatorzy Marsa będą musieli instalować piorunochrony na swoich bazach, tak jak robimy to w Polsce? Dajcie znać w komentarzach!