Pamiętasz to zeszłoroczne poruszenie związane z "odkryciem życia" na K2-18b? Wiele osób w Polsce pomyślało wtedy, że to ten moment, na który czekaliśmy od dekad. Niestety, najnowsze dane z potężnych radioteleskopów właśnie ostudziły nasz entuzjazm i pokazują, jak łatwo możemy paść ofiarą naukowego optymizmu.
Obiecujący początek i cząsteczka, która miała zmienić wszystko
Wszystko zaczęło się od wykrycia siarczku dimetylu (DMS) w atmosferze planety oddalonej o 124 lata świetlne od nas. Na Ziemi ten gaz emitują głównie plankton i algi morskie. Sam pomyślałem: skoro jest zapach oceanu, musi być też życie. Ale nauka bywa brutalna dla marzycieli.
Oto co faktycznie wiemy o obecnym stanie badań:
- Najnowsze analizy sugerują, że sygnał DMS mógł być błędnie zinterpretowany i pochodzić od innych, "nieżywych" gazów.
- Planeta jest prawdopodobnie "światem wodnym", ale bez ani jednego skrawka suchego lądu.
- Naukowcy użyli radioteleskopów Very Large Array oraz MeerKAT, by podsłuchać ewentualnych mieszkańców.
Dlaczego zapadła cisza radiowa?
Zespół pod przewodnictwem Nikku Madhusudhana szukał sygnałów o mocy podobnej do ziemskiego radaru Arecibo. Gdyby tamtejsza cywilizacja próbowała się z nami skontaktować, usłyszelibyśmy ich głośno i wyraźnie. Wynik? Absolutne zero.

Warto jednak spojrzeć na to z innej strony. Michael Garrett z Uniwersytetu w Manchesterze zauważa coś, co często umyka nam w Polsce, gdy planujemy inwestycje czy budowę domu: infrastrukturę. Na planecie pokrytej w całości oceanem trudno o fabrykę kabli czy nadajniki radiowe.
Trzy powody, dla których oceaniczne planety milczą:
- Brak lądu: Bez stałego gruntu budowa zaawansowanej technologii, jaką znamy, jest niemal niemożliwa.
- Inna fizyka komunikacji: W wodzie znacznie lepiej sprawdzają się fale o niskiej częstotliwości niż radio.
- Zły czas: Możemy patrzeć na planetę, na której życie jest dopiero na etapie bakterii lub prostych organizmów morskich.
Czy to koniec marzeń o obcych?
To nie jest tak, że K2-18b jest martwa. Po prostu nie jest tak "głośna", jak byśmy chcieli. To trochę tak, jakbyś próbował zadzwonić do znajomego na Mazurach, a on akurat nurkował pod taflą jeziora bez telefonu. On tam jest, ale ty go nie usłyszysz.
W mojej ocenie to lekcja pokory. Szukamy "lustrzanego odbicia" Ziemi, zapominając, że kosmos może mieć zupełnie inne pomysły na ewolucję. Zamiast radiostacji, obcy mogą używać technologii, o których nam się nawet nie śniło.
A Ty jak myślisz? Czy powinniśmy dalej inwestować miliony w nasłuchiwanie planet, które nie dają znaku życia, czy lepiej skupić się na szukaniu prostych komórek w naszym Układzie Słonecznym?