Wyobraź sobie, że stoisz na szczycie góry, patrzysz w niebo i jednym kliknięciem myszki sprawiasz, że zaczyna sypać gęsty śnieg. Brzmi jak scenariusz filmu science-fiction? To, co wydarzyło się niedawno w Utah, sugeruje, że ta wizja jest bliższa rzeczywistości, niż nam się wydaje. Lokalny start-up twierdzi, że zwiększył opady śniegu o 20%, wysyłając w chmury niewidzialny ładunek elektryczny.
Zamiast samolotów – wysokie napięcie
Tradycyjne zasiewanie chmur kojarzy nam się z samolotami rozpylającymi jodek srebra. Jednak ta metoda budzi kontrowersje: od teorii spiskowych o "chemtrails" po realne obawy o wpływ chemikaliów na środowisko. W Utah spróbowano czegoś zupełnie innego.
Sam proces przypomina pocieranie stopami o dywan, by potem "kopnąć" kogoś ładunkiem własnego ciała. Oto jak to działa w skali makro:
- Między 8-metrowymi pylonami rozciągnięto drut, przez który płynie 10 000 woltów.
- Drobinki pyłu i soli w powietrzu przejmują ładunek ujemny.
- Wiatr unosi te naładowane cząsteczki prosto do chmur.
- Wewnątrz chmury kropelki wody, które normalnie by się odpychały, zaczynają do siebie lgnąć jak magnesy.
- Gdy stają się wystarczająco ciężkie, spadają na ziemię jako śnieg.
9 centymetrów różnicy, która budzi emocje
W styczniu, gdy system pracował pełną parą, w paśmie La Sal spadło o 9 centymetrów więcej śniegu, niż przewidywały modele oparte na sąsiednich górach. Dla rolników i narciarzy to prawdziwy skarb, ale naukowcy studzą entuzjazm.

Nasuwa się jednak pytanie: czy to faktycznie technologia, czy po prostu szczęście do pogody? Edward Gryspeerdt z Imperial College London zauważa, że opady są tak zmienne, iż na razie trudno o stuprocentową pewność. Podobne testy w Omanie i Chinach również wykazały wzrosty o kilkanaście procent, ale świat nauki czeka na twarde dowody z wielu lat obserwacji.
Dlaczego to ważne dla nas?
Choć testy odbyły się w USA, problem "bankructwa wodnego" dotyczy nas wszystkich. Jeśli ta metoda okaże się skuteczna, walka z suszą może stać się tak prosta jak obsługa ekspresu do kawy. Bez chemikaliów i bez drogich lotów samolotem. Płacimy tylko za prąd.
Moja opinia: Technologia, która nie straszy
W mojej praktyce rzadko spotykam rozwiązania, które są jednocześnie tak zaawansowane i tak "czyste". W przeciwieństwie do tradycyjnego zasiewania chmur, tutaj operujemy tylko fizyką, a nie chemią. Firma twierdzi, że może włączyć opady z dowolnego miejsca na świecie za pomocą jednego przełącznika.
A Ty co o tym sądzisz? Czy czułbyś się komfortowo wiedząc, że nad Twoim domem "programuje się" pogodę za pomocą prądu, czy wolisz, by natura radziła sobie sama, nawet kosztem suszy? Daj znać w komentarzach!