Pamiętasz ten moment, gdy zaczynasz czytać książkę i jej główny bohater irytuje Cię tak bardzo, że masz ochotę rzucić nią o ścianę? Właśnie to spotkało wielu czytelników "Projektu Hail Mary". Ale mam dla Was wiadomość: filmowa adaptacja z Ryanem Goslingiem naprawia błędy oryginału w sposób, którego nikt się nie spodziewał.

Jeśli szukasz inteligentnego kina science-fiction, które nie traktuje widza jak dziecka, ten tytuł powinien znaleźć się na Twojej liście. To duchowy następca "Marsjanina", który zamiast nudnych wykładów, serwuje nam czystą, naukową adrenalinę.

Bohater, który w końcu daje się lubić

W książce Ryland Grace bywał nieznośny – jego infantylne żarty i specyficzne poczucie humoru sprawiały, że trudno było mu kibicować. Na szczęście Ryan Gosling tchnął w tę postać życie, zamieniając irytującego naukowca w faceta, którego autentycznie chcemy ocalić.

W filmie proces odzyskiwania pamięci przez głównego bohatera jest szybki, brutalny i wizualnie oszałamiający. Już pierwsza scena, w której robotyczne ramię usuwa rurki podtrzymujące życie z duszacego się Rylanda, sprawia, że mocniej chwytasz oparcie fotela.

Dlaczego warto dać drugą szansę nowemu filmowi twórców Marsjanina - image 1

Nauka, która ratuje świat (dosłownie)

Stawka nie mogła być wyższa. Nasze Słońce blaknie, a Ziemi grozi nowa epoka lodowcowa i głód. Ryland budzi się na statku kosmicznym miliony kilometrów od domu i jako jedyny ocalały musi wymyślić, jak powstrzymać katastrofę. Oto dlaczego ten seans to czysta przyjemność:

  • Zero lania wody: Scenariusz skupia się na konkretnych problemach fizycznych i biologicznych.
  • Wizualny majstersztyk: Zdjęcia sprawiają, że czujesz ogrom i pustkę przestrzeni międzygwiezdnej.
  • Sandra Hüller: Jako Eva Stratt jest lodowato skuteczna i dodaje historii niezbędnego ciężaru emocjonalnego.
  • Humor sytuacyjny: Zamiast wymuszonych żartów, mamy inteligentną ironię wynikającą z absurdalnych sytuacji.

Warto zauważyć, że za scenariusz odpowiada Drew Goddard – ten sam człowiek, który przeniósł na ekran historię Marka Watneya. Widać tu tę samą miłość do nauki i optymizm, że ludzki umysł poradzi sobie z każdym wyzwaniem.

Mój mały lifehack dla kinomanów

Jeśli planujesz oglądać ten film, nie czytaj wcześniej żadnych streszczeń fabuły. Największa siła "Projektu Hail Mary" tkwi w nieoczekiwanym zwrocie akcji, który następuje w połowie opowieści. To moment, który całkowicie zmienia definicję tego, czym może być kontakt z "obcym".

Werdykt: Czy warto kupić bilet?

To nie jest kolejny film o superbohaterach w pelerynach. To hołd dla ciekawości i naukowego uporu. Choć zdarzają się momenty nieco bardziej sentymentalne, całość broni się fenomenalnym tempem i grą aktorską. To jakby spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem, który w międzyczasie stał się o wiele ciekawszy.

A Ty jak sądzisz? Czy wolisz filmy sci-fi oparte na twardej nauce, czy takie, w których wygrywa "siła miłości" i magia? Daj znać w komentarzach!