Całe życie myślałam, że o pielęgnacji skóry wiem wszystko. Kupowałam najdroższe sera, testowałam zabiegi z Instagrama i wierzyłam, że kolejna maska w płachcie zdziała cuda. Wszystko zmieniło się po jednej rozmowie z dietetyczką, która rzuciła krótko: "Przestań smarować, zacznij pić".
Spojrzałam na pęczek selera naciowego w lodówce jak na magiczny eliksir. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za miesiąc nie będę mogła uwierzyć w to, co widzę w lustrze. Jeśli zmagasz się z szarą cerą lub rozszerzonymi porami, ta historia jest dla Ciebie.
Dlaczego kremy to tylko "fasada"?
Moja dietetyczka wyjaśniła mi rzecz oczywistą, o której często zapominamy: skóra jest lustrem tego, co dzieje się w środku. Antyoksydanty, witamina K i związki przeciwzapalne zawarte w selerze trafiają bezpośrednio do krwiobiegu, a nie tylko na naskórek.
Postanowiłam zaryzykować. Codziennie rano, na czczo, piłam szklankę soku z kilku łodyg selera z odrobiną wody. Bez cukru, bez cytryny, bez ulepszaczy. Tylko czysta natura.

Dwa tygodnie ciszy i nagły przełom
Będę szczera – przez pierwsze siedem dni nie działo się absolutnie nic. Już chciałam uznać to za kolejny internetowy mit. Jednak w połowie drugiego tygodnia poczułam zmianę.
- Nawilżenie: Skóra przestała być nieprzyjemnie napięta po demakijażu.
- Zaczerwienienia: Rumień wokół nosa, z którym walczyłam latami, zaczął blednąć.
- Tekstura: Cera stała się dziwnie gładka w dotyku.
Zaczęłam robić zdjęcia kontrolne. Liczby nie kłamały – poziom nawilżenia mierzony prostym testerem wzrósł o 6% w zaledwie 14 dni. Ale prawdziwy szok przeżyłam w trzecim tygodniu.
30 dni później: "Co ty zrobiłaś z twarzą?"
Kiedy minął miesiąc, moje pory na policzkach stały się niemal niewidoczne. Wyglądałam, jakbym wróciła z długich wakacji w dobrym SPA. Nawilżenie podskoczyło o 18%, a koloryt cery wyrównał się tak bardzo, że niemal zrezygnowałam z podkładu.
Ale uwaga, jest pewien haczyk. Seler naciowy to nie lek na całe zło. To silny alergen, a zawarte w nim psoraleny mogą zwiększać wrażliwość na słońce. Jeśli przyjmujesz leki rozrzedzające krew (ze względu na witaminę K) lub masz problemy z nerkami, koniecznie skonsultuj się z lekarzem, zanim zaczniesz tę kurację.
Moja poranna rutyna krok po kroku:
- Wybieram 3-4 jędrne łodygi selera (najlepiej polskie, sezonowe).
- Dokładnie myję i blenduję z połową szklanki niegazowanej wody.
- Piję pół godziny przed śniadaniem.
- Resztę dnia celebruję tak samo – pijąc dużo wody i dbając o sen.
Sok z selera nie zastąpi wizyty u dermatologa przy poważnych problemach, ale jako wsparcie codziennej diety działa u mnie bezbłędnie. Choć w smaku bywa specyficzny, efekty wizualne są tego warte.
A Wy próbowaliście już naturalnych soków zamiast drogich suplementów na cerę, czy uważacie to za kolejną modę bez pokrycia?