Wyobraź sobie, że stoisz na poboczu drogi gdzieś pod Warszawą, płyn chłodniczy wyciekł, a Ty masz pod ręką tylko butelkę gazowanego napoju. Większość kierowców pomyślałaby, że to szaleństwo, które natychmiast doprowadzi do kosztownej wizyty u mechanika. Okazuje się jednak, że rzeczywistość bywa bardziej zaskakująca niż podręczniki serwisowe.
Twórcy internetowi postanowili sprawdzić ten scenariusz w praktyce, ryzykując sprawnością starego Protona. To, co wydarzyło się po przekręceniu kluczyka, zmusza do zastanowienia się nad tym, jak wytrzymałe są współczesne jednostki napędowe.
Eksperyment, którego nie powinieneś powtarzać
Zasada była prosta: spuścić profesjonalny płyn chłodniczy i zalać układ kilkoma litrami Pepsi. W mojej praktyce widziałem już różne "patenty" na dojazd do warsztatu, ale cukier i kwas fosforowy w silniku brzmią jak wyrok dla pompy wody.
Po osiągnięciu temperatury roboczej auto wyjechało na drogę. Wskazówka temperatury ani drgnęła powyżej normy. Silnik nie wybuchł, spod maski nie wydobywały się kłęby pary, a auto zachowywało się, jakby w jego żyłach płynął najdroższy koncentrat typu G12.
Dlaczego to w ogóle zadziałało?
Odpowiedź jest banalnie prosta, choć dla wielu może być rozczarowaniem. Popularne napoje gazowane w około 90 procentach składają się z wody. A woda, mimo swoich wad, jest genialnym przewodnikiem ciepła.
- Efektywne odprowadzanie energii: Woda w napoju przejęła ciepło z bloku silnika i oddała je w chłodnicy.
- Krótki dystans: Silnik wytrzymał próbę, bo była ona krótka i nie pozwoliła na krystalizację cukrów.
- Wytrzymałość materiałowa: Nowoczesne termostaty potrafią poradzić sobie z płynem o nieco innej gęstości, o ile nie zmieni on stanu skupienia.

Pułapka, która ujawnia się po czasie
Być może myślisz teraz: "Skoro działa, to po co przepłacać za płyn chłodniczy w markecie?". Tutaj pojawia się haczyk. Prawdziwy płyn to nie tylko chłodzenie, to przede wszystkim ochrona. Składa się on z wody demineralizowanej, glikolu oraz pakietu dodatków anty korozyjnych.
Wlanie słodkiego napoju do układu to tykająca bomba. Po pierwsze, zawarty w nim cukier pod wpływem wysokiej temperatury może zamienić się w lepki karmel, który zatka mikrokanaliki w chłodnicy. Po drugie, kwas fosforowy błyskawicznie wchodzi w reakcję z metalowymi elementami, przyspieszając korozję, o jakiej nie śniło się nawet właścicielom starych japońskich aut.
Jak uniknąć awarii w realnym życiu?
Zamiast testować granice cierpliwości swojego auta, pamiętaj o kilku złotych zasadach:
- Sprawdzaj poziom płynu co najmniej raz w miesiącu – szczególnie przed dłuższą trasą.
- Wymieniaj chłodziwo co 50 000 km lub co 2 lata (chyba że producent zaleca płyny typu "Long-life").
- Nigdy nie mieszaj płynów o różnych technologiach (np. IAT z OAT), bo może powstać gęsty żel, który unieruchomi auto.
Mały lifehack: Jeśli naprawdę utkniesz w szczerym polu, lepiej użyć zwykłej wody (nawet z kranu) niż kolorowego napoju. Wodę łatwiej wypłukać z układu, a nie zostawi ona po sobie lepkiego osadu, który zniszczy uszczelnienia pompy wody.
Podsumowanie
Eksperyment z Pepsi pokazał, że silniki spalinowe potrafią wybaczyć wiele chwilowych głupot. Jednak chemia nie zna litości w dłuższej perspektywie. To, co wygląda na zabawny filmik w sieci, w Twoim samochodzie mogłoby skończyć się rachunkiem na kilka tysięcy złotych.
A Ty, co najbardziej nietypowego musiałeś kiedyś dolać do swojego samochodu w awaryjnej sytuacji? Daj znać w komentarzach!