Wielu rodziców i polityków w Polsce głęboko wzdycha z ulgą na myśl o odcięciu młodzieży od mediów społecznościowych. Wydaje się to proste: nie ma aplikacji, nie ma problemu z depresją, brakiem koncentracji czy hejtem. Zauważyłem jednak niebezpieczną tendencję — zamiast uczyć dzieci pływać w cyfrowym oceanie, próbujemy osuszyć morze za pomocą plastikowej łyżeczki.
W mojej praktyce obserwuję, jak debata o limitach wiekowych (często mówi się o progu 16 lat) staje się wygodną wymówką. To polityczne „umywanie rąk”, które świetnie wygląda w nagłówkach wiadomości, ale w rzeczywistości pozostawia młodych ludzi samym sobie w świecie algorytmów.
Dlaczego surowe blokady to „dziurawy płot”
Przykład Australii, która wprowadziła restrykcyjne przepisy, pokazał brutalną prawdę. Platformy ogłosiły miliony zablokowanych kont, a w tym samym czasie na TikToku wiralowo niosły się filmy pokazujące, jak w 30 sekund obejść weryfikację wieku. Fałszywe daty urodzenia, konta na dane starszego rodzeństwa czy korzystanie z VPN to dla dzisiejszego 14-latka chleb powszedni.
Dla młodego pokolenia internet nie jest „dodatkiem” do życia, jak wyjście do kina. To ich naturalne środowisko, gdzie:
- Budują relacje i przyjaźnie, które przenoszą się do szkolnych ławek.
- Szukają swojej tożsamości i grup wsparcia.
- Uczą się kreatywności i montażu wideo, co jest dziś realną umiejętnością rynkową.
Wykluczenie ich z tej przestrzeni nie buduje odporności. Wręcz przeciwnie — sprawia, że gdy w końcu (legalnie lub nie) tam trafią, są zupełnie bezbronni wobec manipulacji, bo nikt nie nauczył ich krytycznego myślenia.

Wygodne rozwiązanie, które omija sedno problemu
Warto zadać sobie pytanie: dlaczego tak chętnie chcemy zakazać dzieciom wstępu, a tak rzadko naciskamy na gigantów technologicznych, by zmienili swoje toksyczne algorytmy? Obecny model biznesowy opiera się na „ekonomii uwagi”. Treści są dobierane tak, by wywoływać skrajne emocje i trzymać nas przed ekranem jak najdłużej.
Zakaz wiekowy to tylko kosmetyka. Nie zmienia on faktu, że mechanizmy aplikacji są zaprojektowane tak, by uzależniać. Prawdziwa reforma wymagałaby transparencyjności algorytmów i realnych kar dla korporacji za szerzenie dezinformacji. Ale to wymagałoby od polityków walki z gigantami, a zakazanie czegoś dzieciom jest... po prostu łatwiejsze.
Pułapka biometrii i „fałszywego bezpieczeństwa”
Proponowane rozwiązania, jak weryfikacja twarzy, budzą kolejne obawy. Czy naprawdę chcemy, by globalne korporacje zbierały jeszcze więcej danych biometrycznych naszych dzieci pod płaszczykiem ich ochrony? To bezpieczeństwo iluzoryczne, które tworzy bazę danych o ogromnej wartości marketingowej.
W polskich realiach często zapominamy, że edukacja cyfrowa powinna zacząć się w domu i szkole, a nie w urzędzie. Zamiast instalować kolejne blokady rodzicielskie, które nastolatek i tak zdejmie po obejrzeniu poradnika na YouTube, powinniśmy częściej pytać: „Co dziś widziałeś ciekawego w sieci?”.
Być może najłatwiejszą drogą jest zabranie telefonu, ale najskuteczniejszą — zrozumienie, dlaczego dziecko nie chce go odłożyć.
A jak Państwo uważają? Czy zakaz odgórny to jedyny sposób na ratowanie zdrowia psychicznego młodzieży, czy tylko dowód na naszą bezsilność jako opiekunów? Czekam na Wasze opinie w komentarzach.