Na pierwszy rzut oka oferta wyglądała jak okazja życia. Doświadczony mechanik kupił używany samochód za ułamek ceny rynkowej, licząc na szybki zysk. Jednak już kilka chwil po transakcji musiał zadać sobie trudne pytanie: czy ten zakup miał jakikolwiek sens?
George, prowadzący kanał George OGS & Mechanics, zaryzykował i za 60 tys. koron szwedzkich nabył Teslę Model S z 2016 roku. Choć przebieg wynosił zaledwie 29 tys. kilometrów, auto było "martwe" – nie reagowało na pedał gazu i stało bezużyteczne w garażu.
Diagnoza, która studzi zapał
Początkowo mogło się wydawać, że przyczyną awarii jest drobny błąd w oprogramowaniu. Niestety, po podłączeniu komputera diagnostycznego nadzieje szybko prysły. Liczne kody błędów wskazywały na poważną awarię systemu napędowego.
Okazało się, że uszkodzeniu uległ tylny silnik elektryczny. Po rozłożeniu jednostki na części pierwsze, George odkrył przyczynę, która jest doskonale znana wielu użytkownikom starszych modeli Tesli:
- Zużyta uszczelka doprowadziła do wycieku płynu chłodzącego.
- Płyn przedostał się do wnętrza silnika elektrycznego.
- Wilgoć w połączeniu z instalacją wysokiego napięcia trwale uszkodziła kluczowe podzespoły.
Jak zauważył mechanik, woda i prąd to połączenie, którego elektronika po prostu nie wybacza.

Realne koszty „taniego” samochodu
Naprawa wymagała wymiany silnika na używany egzemplarz, co kosztowało dodatkowe 40 tys. koron. Do tego doszły koszty części zamiennych oraz skomplikowane prace programistyczne, mające na celu zsynchronizowanie nowego podzespołu z resztą systemów auta. W sumie projekt pochłonął około 140 tys. koron – ponad dwukrotność ceny zakupu pojazdu.
Dla przeciętnego kierowcy podobna awaria mogłaby skończyć się finansową katastrofą. George miał szczęście i wiedzę, by wykonać większość prac samodzielnie. Gdyby musiał oddać auto do autoryzowanego serwisu, rachunek prawdopodobnie wykluczyłby jakąkolwiek opłacalność naprawy.
Czy Tesla wróciła do formy?
Po tygodniach pracy auto wreszcie ożyło. Co więcej, akumulator, mimo długiego przestoju, okazał się w zaskakująco dobrym stanie, oferując zasięg około 320 kilometrów. Dodatkowym bonusem w tym konkretnym egzemplarzu jest darmowe ładowanie na stacjach Supercharger, co z czasem może zniwelować wysokie koszty naprawy.
Mimo to, sam mechanik pozostaje sceptyczny. „Nie jestem pewien, czy to się zwróciło” – przyznaje szczerze. Ta historia jest cenną lekcją dla każdego z nas: jeśli cena samochodu wydaje się zbyt piękna, by była prawdziwa, prawdopodobnie kryje się za nią zagadka, która może kosztować znacznie więcej niż kilka tysięcy oszczędności.
A Ty, czy zdecydowałbyś się na zakup używanego „elektryka” z niejasną historią serwisową, mając świadomość ryzyka kosztownej awarii silnika? Podziel się swoją opinią w komentarzach poniżej.