W połowie lipca Słońce znów przypomina o swojej aktywności. Choć naukowcy nie przewidują ekstremalnych zjawisk, nasze pole magnetyczne czeka kilka dni wyraźnej niestabilności. Największe wahania prognozowane są na 14 i 16 lipca, z krótkim momentem wytchnienia pomiędzy nimi.
Według danych amerykańskiego NOAA (Centrum Prognozowania Pogody Kosmicznej), prawdopodobieństwo wystąpienia burzy geomagnetycznej klasy G1 wynosi około 25 proc. Co to oznacza dla przeciętnego mieszkańca Polski? Przede wszystkim sygnał, że kosmiczna pogoda jest wyjątkowo zmienna i sytuacja może ulec zmianie z godziny na godzinę.
Dlaczego te dwie daty są kluczowe?
Geomagnetyczny wskaźnik aktywności, tzw. indeks Ap, może wzrosnąć 14 lipca do poziomu 18. Po spokojniejszym 15 lipca, wskaźnik ten ponownie drgnie w górę 16 lipca. Warto pamiętać, że wpływ Słońca na Ziemię nie przypomina prognozy temperatury w aplikacji pogodowej – tu wszystko zależy od kierunku pola magnetycznego cząstek docierających do naszej planety.
- Wpływ „skrajny”: Nawet jeśli główne uderzenie plazmy minie Ziemię, jej obrzeża mogą musnąć naszą magnetosferę, wywołując zakłócenia.
- Wiatr słoneczny: Szybszy strumień cząstek z tzw. dziur koronalnych działa w kosmosie jak podmuch wiatru, który może "popychać" pole magnetyczne Ziemi.
- Nieprzewidywalność: Słaby strumień cząstek przy odpowiednim ustawieniu magnetycznym może wywołać reakcję, podczas gdy silny strumień może przejść kompletnie niezauważony.
Czy musimy się martwić o elektronikę?
Burza klasy G1, która jest najbardziej prawdopodobna, to dla większości z nas „pogodowy szum”. Nie stanowi ona zagrożenia dla urządzeń domowych czy naszego zdrowia. Możemy jedynie odczuć drobne wahania w pracy urządzeń satelitarnych czy GPS w specyficznych warunkach. Jeśli chodzi o zorze polarne – choć G1 zwiększa ich zasięg, szanse na zobaczenie ich w Polsce są na ten moment niskie. Potrzeba by idealnie bezchmurnego nieba i bardzo specyficznego rozwoju wydarzeń.

Czas na nocne obserwacje (nie tylko zorzy)
Warto zwrócić uwagę, że 14 lipca przypada nów Księżyca. To idealny moment na obserwację nieba. Jeśli chcecie spróbować swoich sił w astrofotografii, szukajcie zjawiska zwanego airglow (poświata atmosferyczna).
W przeciwieństwie do zorzy polarnej, która wywołana jest „bombardowaniem” cząstkami słonecznymi, poświata to naturalne świecenie atomów w górnych warstwach atmosfery. Jest bardzo słaba i niemal niewidoczna dla oka w pobliżu miast, ale aparat z długim czasem naświetlania potrafi zarejestrować subtelną zielonkawą łunę. To świetna okazja, by przetestować tryb nocny w swoim smartfonie lub aparacie, z dala od miejskich latarń.
Podsumowanie
Obecne scenariusze nie wyglądają na groźne, a ryzyko ekstremalnej burzy oceniane jest na zaledwie 1 proc. Pamiętajmy jednak, że Słońce bywa nieprzewidywalne – wystarczy nowa plama na jego tarczy lub nagły wyrzut materii, by prognozy zaktualizowały się błyskawicznie. Warto śledzić informacje do wieczora, bo kosmiczna pogoda zmienia się szybciej, niż sądzimy.
A czy Wy kiedykolwiek próbowaliście fotografować poświatę atmosferyczną lub zorzę w Polsce? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach!