Wyobraź sobie, że wchodzisz do biura i widzisz mały pożar. Zamiast panikować, patrzysz na ścianę, dostrzegasz gaśnicę i mówisz: „Skoro ona tu jest, to znaczy, że pożar da się ugasić”. Po czym odwracasz się i wychodzisz, zostawiając ogień własnemu losowi. Choć brzmi to niedorzecznie, właśnie tak działa potężne narzędzie współczesnej nauki, zwane dowodem niekonstruktywnym.

Wielu ludzi uważa, że matematyka to żmudne obliczenia krok po kroku. Jednak najlepsi eksperci od dawna stosują „matematyczny skrót”, który pozwala udowodnić istnienie rozwiązania, nawet nie wiedząc, jak ono dokładnie wygląda. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, jak sztuczna inteligencja znajduje odpowiedzi, których ludzie nie potrafią samodzielnie wyliczyć, to właśnie to jest ten mechanizm.

Na czym polega ten „feler”?

Aby zrozumieć ten sposób myślenia, nie potrzebujesz kalkulatora. Wystarczy prosta zasada szufladkowa. Wyobraź sobie pokój, w którym jest 367 osób. Czy jest możliwe, aby dwie osoby obchodziły urodziny tego samego dnia? Oczywiście.

  • W roku jest maksymalnie 366 dni (uwzględniając lata przestępne).
  • Skoro osób jest 367, to choćbyś nie wiadomo jak kombinował, przynajmniej dwie z nich muszą dzielić datę urodzin.

Zauważ, że udowodniliśmy fakt, nie sprawdzając dowodów osobistych każdej z tych osób. Wiemy, że to prawda, ale nie wiemy, kto dokładnie świętuje w tym samym terminie. W matematyce właśnie to nazywamy dowodem niekonstruktywnym – wiemy, że rozwiązanie istnieje, bo logika nie pozwala na inny wynik.

Dlaczego niektórzy nazywali to „teologią”?

W XIX wieku matematyk David Hilbert wywołał prawdziwą burzę w świecie nauki. Udowodnił on istnienie pewnych struktur algebraicznych, mimo że kompletnie nie potrafił ich wskazać ani skonstruować. Jego kolega po fachu, Paul Gordan, był wściekły. Stwierdził: „To nie jest matematyka, to teologia”.

Matematyczny trik na problemy, o którym nie uczyli w szkole - image 1

Dla wielu ówczesnych badaczy matematyka była jak rzemiosło – musiałeś mieć gotowy produkt, „przedmiot” w ręku. Hilbert jednak uważał, że matematyka to gra symboli. Jeśli reguły logiczne wykluczają możliwość, że rozwiązania nie ma, to rozwiązanie musi istnieć.

Wojna gigantów, która zmieniła świat

Spór między tymi, którzy chcieli wszystko wyliczyć (intuicjoniści), a tymi, którzy ufali czystej logice (formaliści), doprowadził nawet do publicznych kłótni, w których brał udział sam Albert Einstein. Einstein, znudzony tymi sporami, nazwał je „wojną żab z myszami”, ale w rzeczywistości to właśnie ten konflikt położył fundamenty pod współczesną informatykę.

Dziś te rozważania wracają ze zdwojoną siłą. Kiedy korzystasz z AI, często otrzymujesz rozwiązania problemów, których „drogi” (kroku po kroku) żaden człowiek nie jest w stanie zrozumieć. Algorytm stosuje dowody niekonstruktywne na ogromną skalę, serwując nam wyniki, których istnienie jest logicznie pewne, ale ich „wnętrze” pozostaje dla nas zagadką.

Jak to wykorzystać w codziennym rozwiązywaniu problemów?

Zanim zaczniesz wyliczać wszystkie opcje w swojej pracy czy budżecie domowym, warto zadać sobie pytanie: „Czy ja muszę znać dokładną drogę, czy wystarczy mi dowód, że rozwiązanie istnieje?”.

Czasami najszybszą drogą do celu jest wyeliminowanie niemożliwych scenariuszy (zasada wyłączonego środka). Zamiast szukać „jak”, sprawdź, czy w ogóle możliwe jest, aby rozwiązanie nie istniało. Jeśli dojdziesz do logicznej sprzeczności – gratuluję, właśnie znalazłeś odpowiedź, nie wykonując ani jednego skomplikowanego obliczenia.

A czy Tobie zdarzyło się kiedyś „przeskoczyć” wszystkie etapy analizy i od razu wiedzieć, że rozwiązanie problemu jest kwestią czasu, choć nie umiałeś go jeszcze wskazać palcem? Daj znać w komentarzach, czy intuicja matematyczna podpowiada Ci czasem przyszłość szybciej niż logika.